Zagrałem w grę „Detektyw” – pierwsze wrażenie

„Detektyw” to bez wątpienia tytuł, o którym było bardzo głośno na długo przed tym zanim gra pojawiła się w sprzedaży. Dzieło spod ręki samego Ignacego Trzewiczka wiele obiecywało i z samych opisów można było wywnioskować, że czeka nas prawdziwa perełka na rynku planszówek. Podwinąłem rękawy, zaparzyłem kawę i obejrzałem kilka odcinków „CSI: Kryminalne Zagadki Las Vegas”, a potem rzuciłem się w wir tajemnicy i śledztwa.

Ten wpis nie będzie recenzją (ta pojawi się wkrótce), a raczej moim krótkim komentarzem i ogólnym wrażeniem, jakie odebrałem po pierwszej partyjce gry „Detektyw”. Po rozpakowaniu pudełka właściwie nie ukazuje nam się nic specjalnego. Pojedynczy arkusz, instrukcja, oraz podręcznik zawierający wszystkie sprawy, jakie będziemy musieli zbadać. Do tego nieduża plansza, która jest niejako osią gry, pokazywać będzie nasze aktualne położenia oraz służyć będzie do mierzenia czasu, którego zawsze jest za mało (trochę jak w korporacji, kiedy zbliża się deadline). Poza tym kartonowe żetony, profile poszczególnych agentów Antaresu i stosiki kart, których broń Boże nie wolno oglądać bez wyraźnego polecenia.

Przystąpiliśmy we dwójkę do pierwszej sprawy, a ja miałem raczej negatywne nastawienie. W końcu to super dopieszczony tytuł, w którym trzeba dużo analizy i dedukcji. Pomyślałem, że skończę z marnym wynikiem i poczuciem, że robiłem wszystko czego akurat nie miałem robić, błądząc jak dziecko we mgle. Widziałem się niczym przypadkowego maturzystę na egzaminie z rozszerzonej matematyki, który robi cokolwiek, byle mieć poczucie tego, że przynajmniej COŚ zrobił. Rzeczywistość nie okazała się jednak tak okrutna i poszło nam całkiem nieźle. Skrupulatna analiza sprawy, porządnie wykonane notatki, a to wszystko doprawione odrobiną wyobraźni i umiejętności tworzenia hipotez i potencjalnych scenariuszy. Krok po kroku dokładaliśmy kolejne puzzle tej układanki, zyskując jako taki obraz i pojęcia o tym co mogło się wydarzyć. Wprowadzanie kolejnych sygnatur oraz nazwisk tylko umacniało w nas poczucie zbliżającej się wygranej. Finisz nie był jednak tak kolorowy, w momencie gdy całkiem się pogubiliśmy, a gra skrzętnie to wykorzystała wprowadzając nas w ślepe uliczki. To zachłyśnięcie się chwilowym sukcesem, nie wyszło na dobre i niestety, ale pierwsza sprawa nie została rozwiązana i zmuszeni jesteśmy przejść tę samą ścieżkę jeszcze raz, co na pewno nie będzie już tak samo emocjonujące.

Po pierwszej rozgrywce mogę śmiało stwierdzić, że gra została przeze mnie bardzo pozytywnie odebrana. Połączenie niejako świata wirtualnego, jakim jest baza danych „Antares” wraz z rozważaniami na papierze i kontrolowaniem rozgrywki na planszy to dla mnie ciekawa odmiana. Klimat w stworzonym przez Ignacego Trzewiczka świecie wręcz zmusza, abyśmy zanurzyli się w nim po uszy, bez tego poniekąd, ciężko będzie nam budować możliwe scenariusze, a tym samym odkrywać kolejne fakty, w każdej sprawie. Negatywne odczucie pojawiło się na koniec rozgrywki, lecz nie ze względu na porażkę, ale na fakt, że aby rozpocząć kolejną historię będziemy musieli iśc po już wydeptanej ścieżce, która na pewno nie zapewni tych samych wrażeń. Czekam już niecierpliwie na kolejne spotkanie przy „Detektywie”, oraz na to aby podzielić się moimi wrażeniami i oceną w pełnej recenzji. Oczekujcie wkrótce!

 

 

Dodaj komentarz